Klub Turystyczny
"Puszcza Zielonka"
„Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę"
św. Augustyn

Widziano nas w Bieszczadach...

15-24 sierpnia 2014

Cisna – jedna z dwóch miejscowości, ramię w ramię walcząca z Wetliną o miano stolicy Bieszczad. Gwarno tu, tłoczno, ale bystry obserwator w mig zauważy, że to pozory. Miejscowość ma zaledwie kilka ulic, jest niewielka i doprawdy niezbyt spora grupka turystów już i tak czyni tłum. A my i z tego tłumu chcieliśmy uciec. I uciekliśmy – do Dołżycy, która stała się naszą spokojną przystanią wakacyjną.

1 dzień

A miało być tak pięknie… Deszcze padające jeszcze przed naszym przyjazdem nakazały nam użyć rozsądku nade wszystko i nie wchodzić na błotniste Jasło… Ale z kolei desperacja była tak wielka, że uderzyliśmy w najpopularniejszą atrakcję czyli Połoninę Wetlińską. Stosunkowo krótkie wejście bardzo nas zachęciło. Po drodze mieliśmy okazję doświadczyć pierwszego przejawu zakapiorstwa – swoim gazikiem wjeżdżał obok nas Lutek Pińczuk – jeden z pierwszych „ niezależnych obywateli” bieszczadzkiego państwa Wolnych Ludzi.  Przerwa  w Chatce Puchatka – gdzie Pan Lutek jest gospodarzem – pozwoliła nam odczekać nieco rozrzedzającą się mgłę… Dalsza droga była zatem już nawet nieźle widokowa, co podniosło nas bardzo na duchu. Ale tylko do Smereka….Tutaj góry pokazały co potrafią. Nie bez powodu mówi się o nagłych zmianach pogodowych…. Nagły deszcz złapał nas akurat przy zejściu. No i zaczęła się… niezła jazda! W dosłownym znaczeniu tego słowa. Aż do poziomu asfaltu wszyscy tańczyli w stylu dowolnym i niekoniecznie skoordynowanym. Bieszczadzkie błoto na długie lata pozostanie w naszej pamięci… Pierwsza zdobyta połonina na szczęście również ;-)
 
 Ruszamy w drogę...
 
 Lutek Pińczuk w drodze na Wetlińską
 
Przy Chatce Puchatka na Połoninie
 
 Przełęcz Orłowicza
 
 Widok ze szczytu Smerek

2 dzień

Niedzielna laba skierowała nas do Polańczyka. Noooo…, po liczbie aut w mieście można sądzić, że zjechało tu na weekend przynajmniej większość podkarpackiego!
Po Mszy św. w Sanktuarium MB Pięknej Miłości uciekliśmy do Myczkowiec – Ośrodka Caritasu, gdzie czas jakiś temu powstał Ogród Biblijny i Skansen Miniatur Świątyń Podkarpackich (Centrum Kultury Ekumenicznej). Ciekawe miejsce, w które warto inwestować, aby mogło spełniać swoje powołanie.
Obiad nad Soliną niekoniecznie skojarzył nam się z romantycznymi zielonymi wzgórzami wyśpiewanymi niegdyś przez Wojciecha Gąssowskiego. MORZE wody = MORZE ludzi. Tak można podsumować naszą wizytę na największej tamie w Polsce. Na Sanie – przypominam!
Stąd zrodziła się zawczasu idea, aby zobaczyć Solińskie z bardziej intymnej strony. Pojechaliśmy zatem na spotkanie z Krzysztofem Brossem – osadnikiem - samotnikiem lat 90-tych. Niegdyś…, bo dzisiaj trudno już żyć gdzieś samotnie. I podkreślmy - to nie On szukał cywilizacji, ale ona znalazła, czy wręcz „dopadła” Jego.
Popłynęliśmy Jego Żelazną… - „bundesmarine”, jak mawiają życzliwi, ale jednak żartownisie. Nie wnikam w osobiste postrzeganie każdego z nas Jego osoby. Skoncentrujmy się na Jego Półwyspie, kawałku własnego lądu tuż nad Soliną, potrzebą życia blisko natury i z daleka od dobrobytu… Dla wielu Jego styl życia stał się inspiracją... Rozmyślając, pływaliśmy w jeziorze z dala od zgiełku, lodów, gofrów i pamiątek typu trupia czacha.
 
 "Żelazna"
 
 Krzysztof Bross
 
Półwysep Brossa 
 
Za chwilę wjedziemy na górkę 

3 dzień

Poprzedni dzień zwieńczyliśmy spotkaniem ze Staszkiem Orłowskim – „królem” bieszczadzkich przewodników, autorem bardzo precyzyjnych przewodników, bajarzem, gawędziarzem…
Nie skorzystaliśmy z Jego usług, ale to On właśnie konsultował nasze trasy przejścia, doradzał, odradzał, był „na telefon” w każdej sytuacji, zwłaszcza przy zmianach pogodowych. Staszku – dzięki wielkie!!!
No i skoczyliśmy na Caryńską – upamiętniającą swym kształtem wydatny biust Carycy Katarzyny… Ostre wejście, niesamowity wiatr – to było krótkie, ale intensywne przeżycie. Zeszliśmy z Połoniny dość szybko, bo celem naszym było Schronisko „Koliba” na Przełęczy Przysłup Caryński, należące do Politechniki Warszawskiej. Wędrówka pokazała inne oblicze gór – las, polana, las, polana i mnóstwo jagód…. Zdecydowanie trasa dla smakoszy!
Ostatni etap, do Bereżek  był miłym, lekkim spacerkiem wzdłuż slalomującego potoku o słusznej nazwie Bystry.
A kto miał jeszcze ochotę, podjechał w urocze miejsce na orzeźwiającą kąpiel dla zmęczonych stóp – tam gdzie Wołosaty wpada do Sanu i gdzie niedźwiedź w gawrze się wyleguje…
 
 Wchodząc na Caryńską
 
Połowa połoniny zdobyta! 
 
U Koliby wrót 
 
Ze Staszkiem Orłowskim 
 
Tam, gdzie Wołosaty spotyka się z Sanem 
 
4 dzień

Z obawy na kolejne załamanie pogodowe zdecydowaliśmy się czym prędzej na Tarnicę. Łagodne, lecz długie podejście na Przełęcz Bukowską nauczyło nas czekać na prawdziwy spektakl. Wejście na Rozypaniec i Halicz zapierało dech w piersiach. Ukraińskie Bieszczady nęciły, ale pozostawały aż po horyzont złowieszczo całkiem puste… Na naszym szlaku też za wielu turystów nie było, więc można było kontemplować bez obaw na rozdeptanie. A Tarnica na horyzoncie zdawała się być nie do zdobycia…
Dojście do tej legendarnej góry zabiera trochę czasu – wędrując jakby wokół „kotła” otoczonego wierzchołkami gór, człowiek nie może powstrzymać się od notorycznych postojów. To niewątpliwie najpiękniejszy szlak w Bieszczadach!
 
Kapitalny widok z Rozsypańca 
 
Widok na Ukraińskie Bieszczady 
 
Imponujący Halicz 
 
Krzyż na Tarnicy 

5 dzień

Kap, kap, kap…, płyną łzy.
W strugach deszczu doszliśmy do dwóch atrakcji – legendarnej Cerkwi w Łopience i Rezerwatu „Sine Wiry”.
 
Tam, gdzie Wetlinka nabiera tempa 

6 dzień

Kolejna ważna trasa to dojście na trójstyk granic – Krzemieniec, choć bardziej urzekająco brzmiący po ukraińsku – Kremenaros.
Tego dnia w górach grzmiało i lało… na szczęście niekoniecznie na szlaku! Ot, przewrotność!
Droga na szczyt prowadziła przez nie mniej popularne: Małą i Wielką Rawkę.  A powrót przez Dział – 7-kilometrówy grzbiet górski, zasadniczo zalesiony, ale i na szczęście z wieloma widokowymi polanami. A po zejściu, szczęśliwcy mieli okazję na spotkanie oko w oko z… lisem! Sławnym Kazimierzem, stołującym się co wieczór w Hotelu Górskim w Wetlinie.
 
Krzemieniec - trójstyk granic 
 
Wielka Rawka zdobyta! 

7 dzień

Otryt. Ileż to legend krążyło i krąży na temat tego odludzia… Do dzisiaj wędruje po nim konno „Prezes” – kolejna legendarna postać, którą udało nam się spotkać. Dzisiaj nie jest już samotnikiem – prowadzi popularną agroturystykę i organizuje obozy konne i wczasy w siodle. Tak, góry z poziomu grzbietu… konnego też mogą być wcale przyjemne.
My dotarliśmy praktycznie samotnie do Chatki Socjologa – schroniska „alternatywnych”, gdzie poczęstowano nas herbatką. „jeszcze sprawni” weszli na Trohaniec – najwyższy szczyt Otrytu, a „już trochę poturbowani” zeszli w dół. Udało się nawet przejść fragmentem ścieżki dydaktycznej wokół Lutowisk, a zakończyć wyprawę w niezwykle smacznym stylu w Zajeździe pod Czarnym Kogutem w Czarnej.
 
 Z Otrytem w tle.

8 dzień

Wysiłek dał o sobie znać. Bukowe Berdo musi na nas poczekać – aż… do następnego razu. Zdecydowaliśmy, że wypada pójść tam, gdzie mamy najbliżej i codziennie widzimy to z okna. Na Łopiennik. Bo jak wiadomo „odległe chwalicie, a bliskiego nie znacie”, parafrazując…

9 dzień

Wracamy do domu, a do snu ukołyszą nas „bieszczadzkie anioły”…